Dzisiaj propozycja na jedną z moich ulubionych słodkich, ale i niezwykle pożywnych przegryzek, która świetnie sprawdza się także jako zamiennik dla batonów energetycznych. Ta ostatnia kwestia jest dla mnie dość ważna, bo cały czas chodzę na siłownię, więc posiadanie pod ręką odpowiedniej porcji energii jest zawsze niezwykle przydatne. Oczywiście można wybrać gotowe batony energetyczne, ale po co, skoro w prosty i szybki sposób można zrobić swoją własną wersję?
Dlaczego jednak ciasteczka amarantusowe? Cóż, tak już mam (i tak zawsze było u nas w domu), że lubię sprawdzać różnego rodzaju nowości albo do tej pory nieznane mi produkty. Tak też było z amarantusem, którego ziarna pojawiły się jakiś czas temu w jednym z hipermarketów. Czym prędzej przystąpiłem do lektury na temat tego, czym jest amarantus i z czym się go je. Naturalnie wcześniej nieraz słyszałem o jego właściwościach odżywczych i o tym, że jest ziarnem bezglutenowym, ale teraz okazało się, że to świetne źródło żelaza, wapnia, magnezu, fosforu i potasu oraz że jest jednym z nielicznych białek, które zawiera komplet aminokwasów egzogennych. Ta informacja wystarczyła, aby zacząć kuchenne eksperymenty z amarantusem w roli głównej.
Postanowiłem przygotować własną wersję ciasteczek energetycznych, w których, oprócz amarantusa, znajdą się składniki, które powinny znaleźć się w codziennej diecie, a które trudno byłoby dostarczyć w inny sposób - a więc w jakimś sensie połączyłem przyjemne z pożytecznym. Dlatego dodałem do nich także prażone płatki migdałowe, otręby orkiszowe, banana, rodzynki i daktyle, a całość uzupełniłem miodem i odrobiną cynamonu. Ich zaletą jest to, że pieczenia nie musimy używać żadnej mąki ani tłuszczu, bowiem ich spoiwem jest robi banan. Innymi słowy: samo zdrowie!
Przepis starcza na upieczenie około 20 ciasteczek, które bez problemu mogą stać w puszce przez kilka tygodni. Pieczemy więc raz, a potem korzystamy z nich przez długi czas. To dobry "baton energetyczny", ale i jak mi się wydaje fajny pomysł na drugie śniadanie w pracy czy na uczelni. Przepis oczywiście można dowolnie zmieniać i uzupełniać o inne składniki - bardziej chodziło mi o podpowiedzenie fajnego pomysłu na coś zdrowego i słodkiego na co dzień. Mam nadzieję, że Wam się spodoba!
Składniki:
1/2 szklanki amarantusa
2 banany
1/2 szklanki otrębów orkiszowych
3/4 szklanki płatków migdałowych
2 łyżki rodzynek
2 łyżki posiekanych daktyli
1 łyżka miodu
1 łyżeczka cynamonu
sól
Przygotowanie:
Amarantus i płatki migdałowe (osobno) prażymy na patelni i odstawiamy do ostygnięcia. Sparzamy rodzynki i daktyle. W naczyniu łączymy ze sobą amarantus, posiekane płatki migdałowe, otręby orkiszowe, posiekane rodzynki i daktyle oraz miód i rozgniecione widelcem banany. Mieszamy aż do uzyskania jednolitej, dość zwartej konsystencji (zawsze możemy podsypać otrębami lub migdałami). Dodajemy cynamon i odrobinę soli.
Blachę wykładamy papierem do pieczenia. Łyżeczką nakładamy "ciasto" na blachę i formujemy ciasteczka (jedno ciasteczko to jedna kopiasta łyżeczka). Wkładamy do nagrzanego na 200 stopni piekarnika. Pieczemy ok. 20 minut (aż do suchego patyczka). Wyjmujemy z piekarnika, studzimy i przekładamy do puszek.
czwartek, 6 listopada 2014
poniedziałek, 6 października 2014
Ciasto ryżowe z migdałami i skórką cytrynową
Lubię gotować i na ogół robię to codziennie, choć jest jedna rzecz, za którą biorę się (dosłownie) od święta: desery. Dlaczego? Po pierwsze, najlepsze torty, ciasta i desery zawsze przygotowywała moja mama, więc konkurowanie na tym polu jest w moim domu szczególnie ryzykowne. Po drugie, z różnych względów nie przepadam już (choć kiedyś było zupełnie inaczej) za słodkościami. Szczerze mówiąc, obecnie w ogóle rzadko kiedy mam ochotę na deser z prawdziwego zdarzenia.
Niemniej, jak już wspomniałem, od czasu do czasu zdarza mi się brać za pieczenie ciasta. Na ogół, co pokazują też wpisy na moim blogu, to święta, a najczęściej czyjeś urodziny. Tak też było tym razem, choć wyjątkowo były to moje urodziny. Co oczywiste, chciałem (jak zwykle, gdy chodzi o desery) przygotować coś nietypowego, choć teraz poprzeczka była zawieszona wysoko. Po pietruszkowym serniku oraz cukiniowym (a niedawno także buraczanym - polecam!) brownie, ciasto warzywne odpadało, bo wydawało zbyt oczywiste. Czym w takim razie zaskoczyć gości? Pytanie było tym bardziej zasadne, że pozostałe dania przewidziane na urodzinową kolację były wyjątkowe. Pomysłów wprawdzie miałem sporo, ale albo wydawały mi się zbyt banalne, albo nie były to przepisy ciasta, a urodziny bez ciasta albo tortu to nie urodziny...
I wtedy z pomocą przyszła mi moja ulubiona książka kulinarna, czyli MammaMia. Prawdziwa kuchnia włoska Cristiny Bottari. Na jednej ze stron Bottari wspomina mimochodem o tajemniczym cieście ryżowym. Przepis ten kilka razy rzucił mi się już w oczy, ale dopiero kilka dni temu zdecydowałem, że to właściwy moment na jego wypróbowanie. Miałem wprawdzie małe obawy co do finalnego rezultatu, bo nigdy nie piekłem jeszcze ciasta z ryżu, ale kto nie ryzykuje, ten nie wygrywa... A to ciasto, jak się później okazało, to absolutny zwycięzca!
Jeśli ktoś potrzebuje zachęty do sprawdzenia tego przepisu to powiem tylko tyle, że (skoro jest ryż) nie ma w nim ani grama mąki, ale i tłuszczu w postaci masła czy oliwy. Nie ma też proszku do pieczenia, sody oczyszczonej czy drożdży, a poza cukrem (który można zamienić na miód) wszystkie składniki są bogate w wartości odżywcze. Co więcej, łatwo możemy przygotować jego bezglutenową wersją używając, zamiast białego ryżu, ryżu brązowego (tak jak to było w moim przypadku). Pewnie bez problemu dałoby się także przygotować wersję dla osób z nietolerancją laktozy - w tym przypadku należałoby zamienić mleko na mleczko kokosowe.
Podsumowując, jeśli można pomyśleć o jakimś zdrowym i wartościowym odżywczo, a do tego niezwykle przyjemnie chrupiącym (bo takie właśnie wychodzi to ciasto) deserze, to ryżowe ciasto z migdałami i skórką cytrynową jest przykładem takiego właśnie dania. Nieskromnie tylko dodam, że mimo wielu ciekawych potraw to właśnie ciasto było prawdziwym hitem moich urodzin, z czego niezmiernie się cieszę!
Składniki:
200 g brązowego ryżu
1 l mleka 3,2%
200 g pokrojonych migdałów
200 g brązowego cukru
1 cytryna
4 jajka
2 ciasteczka amaretti
Przygotowanie:
Ryż myjemy na sicie. Zagotowujemy mleko i dodajemy do niego ryż. Gotujemy na małym ogniu, aż ryż wchłonie całe mleko. Przed końcem gotowania wrzucamy do środka pokruszone w rękach ciasteczka amaretti i mieszamy. Po ugotowaniu ryżu w mleku dodajemy drobno pokrojone migdały, cukier oraz skórkę startą z jednej cytryny. Mieszamy i odstawiamy do ostygnięcia.
Nagrzewamy piekarnik do 200 stopni C. Formę do pieczenia (ja piekłem w formie o średnicy 26 cm) smarujemy masłem i posypujemy tartą bułką. Do schłodzonego ciasta wbijamy cztery jajka i mieszamy, a następnie przelewamy całość do formy. Pieczemy w 200 stopniach przez 30 minut aż ciasto z wierzchu nabierze złocistej barwy. Po upieczeniu posypujemy je jeszcze tylko cukrem pudrem i gotowe!
poniedziałek, 29 września 2014
Meksykańskie policzki wołowe
Wpis z poprzedniego tygodnia zacząłem od tego, że od czasu do czasu w małych, niepozornych sklepach z mięsem i rybami można trafić na naprawdę niezwykłe rzeczy. Dosłownie dzień później, we wtorek, w jednym z takich sklepów z niemałą radością odkryłem, że w sprzedaży pojawiły się policzki i golenie wołowe. Po krótkim przepytaniu ekspedientki okazało się, że to dopiero drugi raz, kiedy dostała te rodzaje mięsa. A ponieważ zawsze jestem żądny nowych kuchennych wrażeń, bez zastanowienia wziąłem zarówno policzki (które idealnie sprawdziły się jako danie główne), jak i goleń (który z kolei trafił do powstającego akurat pasztetu).
I dlatego dzisiaj pomysł na rodzaj mięsa, który do tej pory chyba dość rzadko gościł na stołach w Polsce, ale który od wczoraj, za sprawą jednego z programów kulinarnych, zapewne będzie się na nich pojawiał znacznie częściej. Kto by pomyślał, że dzięki mojemu małemu sklepikowi z mięsem jestem na bieżąco z nowinkami pojawiającymi się w jednym z najpopularniejszych kulinarnych show w Polsce... Wprawdzie wczoraj w roli głównej występowały policzki wieprzowe, ale ja zdecydowanie wolę wołowe. Niestety, jak się okazało, jest z nimi trochę roboty i tym razem na pewno nie będzie to przepis prosty i błyskawiczny w przygotowaniu, ale efekt końcowy na pewno wart jest wysiłku. Powiem tylko, że to jedno z najlepszych mięs, jakie jadłem w życiu.
Teraz jednak najgorsza część, czyli jego przygotowanie. Po pierwsze, jeśli chcemy, aby mięso po upieczeniu było kruche i rozpływające się w ustach (co w przypadku wołowiny jest szczególnie trudne do uzyskania), policzki trzeba zamarynować dzień przed ich upieczeniem. Dzięki temu mięso skruszeje, ale także nabierze smaku i aromatu (w tym przypadku niesamowitej mieszanki papryczek jalapeño, kawy espresso, miodu, kminu rzymskiego i kolendry) . Po drugie, pieczenie policzków wymaga sporo czasu. Po zamarynowaniu i wstępnym opieczeniu, najlepiej wstawić je do piekarnika nagrzanego na ok. 130-140 stopni i piec co najmniej przez trzy i pół, a nawet cztery godziny. To dość długo, ale innego wyjścia nie ma.
Do przygotowania mojej wersji policzków wołowych zainspirował mnie przepis, na jaki trafiłem jakiś czas temu w sieci. Dostosowałem go do dostępnych w moim domu półproduktów, choć starałem się jak najbardziej zachować oryginalny meksykański charakter tego dania. Podałem je z aromatycznym i pikantnym ryżem po meksykańsku, który przygotowywałem kiedyś jako dodatek do fajitas (http://kuchnia-dr-marceli.blogspot.com/2013/11/fajita-z-kurczaka-z-ryzem-po_20.html) oraz rukolą z lekkim dressingiem... Koniecznie spróbujcie tego dania!
Składniki (2 osoby):
1 policzek wołowy (ok. 400 g)
150 ml bulionu warzywnego
150 ml ciemnego piwa
2 łyżki posiekanych papryczek jalapeño
4 ząbki czosnku
2 łyżki oliwy extra vergine
1 łyżka miodu
1 łyżka masła
1 łyżeczka kawy espresso
1 łyżeczka zmielonych migdałów
2 łyżeczki kminu rzymskiego
2 łyżeczki mielonej kolendry
1 łyżeczka słodkiej papryki
3 limonki
sól i pieprz
Przygotowanie:
Oczyszczamy policzki z nadmiaru tłuszczu i umieszczamy w naczyniu. Mieszany ze sobą papryczki jalapeño, posiekany czosnek, oliwę, miód, masło, espresso, migdały, kmin, kolendrę i słodką paprykę. Następnie dokładnie smarujemy marynatą policzki. Mięso przykrywamy i marynujemy przez noc w lodówce.
Wyjmujemy co najmniej 30 minut przed pieczeniem. Mięso wyciągamy z marynaty. W naczyniu, którego będziemy mogli użyć na kuchence i w piekarniku, rozgrzewamy odrobinę oliwy i opiekamy policzki. Kiedy mięso jest już opieczone ze wszystkich stron, wyciskamy do naczynia sok z limonek oraz wlewamy bulion i ciemne piwo. Zagotowujemy i wstawiamy do piekarnika nagrzanego do 130 stopni. Pieczemy pod przykryciem przez trzy i pół / cztery godziny. Po upieczeniu mięso powinno być kruche i dosłownie rwać się w rękach.
Upieczone mięso wyjmujemy z naczynia, a pozostałe płyny redukujemy do gęstego sosu, którym polewamy mięso.
I dlatego dzisiaj pomysł na rodzaj mięsa, który do tej pory chyba dość rzadko gościł na stołach w Polsce, ale który od wczoraj, za sprawą jednego z programów kulinarnych, zapewne będzie się na nich pojawiał znacznie częściej. Kto by pomyślał, że dzięki mojemu małemu sklepikowi z mięsem jestem na bieżąco z nowinkami pojawiającymi się w jednym z najpopularniejszych kulinarnych show w Polsce... Wprawdzie wczoraj w roli głównej występowały policzki wieprzowe, ale ja zdecydowanie wolę wołowe. Niestety, jak się okazało, jest z nimi trochę roboty i tym razem na pewno nie będzie to przepis prosty i błyskawiczny w przygotowaniu, ale efekt końcowy na pewno wart jest wysiłku. Powiem tylko, że to jedno z najlepszych mięs, jakie jadłem w życiu.
Teraz jednak najgorsza część, czyli jego przygotowanie. Po pierwsze, jeśli chcemy, aby mięso po upieczeniu było kruche i rozpływające się w ustach (co w przypadku wołowiny jest szczególnie trudne do uzyskania), policzki trzeba zamarynować dzień przed ich upieczeniem. Dzięki temu mięso skruszeje, ale także nabierze smaku i aromatu (w tym przypadku niesamowitej mieszanki papryczek jalapeño, kawy espresso, miodu, kminu rzymskiego i kolendry) . Po drugie, pieczenie policzków wymaga sporo czasu. Po zamarynowaniu i wstępnym opieczeniu, najlepiej wstawić je do piekarnika nagrzanego na ok. 130-140 stopni i piec co najmniej przez trzy i pół, a nawet cztery godziny. To dość długo, ale innego wyjścia nie ma.
Do przygotowania mojej wersji policzków wołowych zainspirował mnie przepis, na jaki trafiłem jakiś czas temu w sieci. Dostosowałem go do dostępnych w moim domu półproduktów, choć starałem się jak najbardziej zachować oryginalny meksykański charakter tego dania. Podałem je z aromatycznym i pikantnym ryżem po meksykańsku, który przygotowywałem kiedyś jako dodatek do fajitas (http://kuchnia-dr-marceli.blogspot.com/2013/11/fajita-z-kurczaka-z-ryzem-po_20.html) oraz rukolą z lekkim dressingiem... Koniecznie spróbujcie tego dania!
Składniki (2 osoby):
1 policzek wołowy (ok. 400 g)
150 ml bulionu warzywnego
150 ml ciemnego piwa
2 łyżki posiekanych papryczek jalapeño
4 ząbki czosnku
2 łyżki oliwy extra vergine
1 łyżka miodu
1 łyżka masła
1 łyżeczka kawy espresso
1 łyżeczka zmielonych migdałów
2 łyżeczki kminu rzymskiego
2 łyżeczki mielonej kolendry
1 łyżeczka słodkiej papryki
3 limonki
sól i pieprz
Przygotowanie:
Oczyszczamy policzki z nadmiaru tłuszczu i umieszczamy w naczyniu. Mieszany ze sobą papryczki jalapeño, posiekany czosnek, oliwę, miód, masło, espresso, migdały, kmin, kolendrę i słodką paprykę. Następnie dokładnie smarujemy marynatą policzki. Mięso przykrywamy i marynujemy przez noc w lodówce.
Wyjmujemy co najmniej 30 minut przed pieczeniem. Mięso wyciągamy z marynaty. W naczyniu, którego będziemy mogli użyć na kuchence i w piekarniku, rozgrzewamy odrobinę oliwy i opiekamy policzki. Kiedy mięso jest już opieczone ze wszystkich stron, wyciskamy do naczynia sok z limonek oraz wlewamy bulion i ciemne piwo. Zagotowujemy i wstawiamy do piekarnika nagrzanego do 130 stopni. Pieczemy pod przykryciem przez trzy i pół / cztery godziny. Po upieczeniu mięso powinno być kruche i dosłownie rwać się w rękach.
Upieczone mięso wyjmujemy z naczynia, a pozostałe płyny redukujemy do gęstego sosu, którym polewamy mięso.
poniedziałek, 22 września 2014
Spaghetti z wędzonym sumem, rukolą, chili i limonką
Po moich ostatnich wpisach można wysnuć wniosek, że większość produktów, których używam w kuchni, kupuję w hipermarketach i dyskontach. I tak właśnie jest, bo w warzywa, owoce, zboża czy bakalie najczęściej zaopatruję się właśnie w takich miejscach, głównie ze względu na ich świeżość i różnorodność. Są też jednak takie produkty, jak mięsa, wędliny i ryby, które staram się kupować w małych, lokalnych sklepach - paradoksalnie z tych samych powodów. Tego typu wybór jest podyktowany przede wszystkim kilkoma złymi doświadczeniami z przeszłości, kiedy kupione w supermarkecie mięso czy ryba w domu okazały się nie do końca świeże. Ale w wielu przypadkach to również, a może przede wszystkim, kwestia niezwykłego asortymentu na ogół bardzo niepozornych sklepów.
Tak jest w przypadku małej budki, w której od kilku lat kupuję ryby. Często można w niej dostać prawdziwe cuda i to na dodatek w całkiem rozsądnej cenie. To tam, od czasu do czasu, kupuję świeżą i wędzoną polędwicę z tuńczyka, polędwicę z łososia, wędzone halibuty, karmazyny czy szprotki. Ale od pewnego czasu absolutnym hitem u mnie w domu jest sum wędzony w dymie z drzewa wiśni. Już sam opis brzmi smakowicie, a ryba smakuje jeszcze lepiej! Dlatego, kiedy tylko trafia się okazja, co najmniej jedna sztuka trafia na nasz stół.
Sum zazwyczaj jest u nas gwiazdą piątkowej lub sobotniej kolacji. Tym razem jednak trafił się spory okaz, którego część można było wykorzystać w nieco odmienny sposób i użyć do przygotowania obiadu. W takim układzie pierwszą myślą była włoska pasta z wędzoną rybą. A ponieważ w lodówce (jak zawsze) miałem trochę rukoli i limonkę, a na półce stało opakowanie z suszonymi papryczkami chili, wszystko w jednej chwili ułożyło się w całość.
To danie jak najbardziej ekspresowe, którego przygotowanie zajmuje tyle, co ugotowanie makaronu. Nie trzeba koniecznie używać wędzonego suma, bo zdaję sobie sprawę, że nie wszędzie można go dostać. Możecie go zastąpić wędzonym pstrągiem, łososiem albo inną wędzoną rybą, na którą będziecie mieli ochotę. Podobnie ma się rzecz z limonką - użyłem jej, bo nie miałem w domu cytryn (zresztą ostatnio, ze względu na cenę, to nie jest dobry czas na kupowanie akurat tych cytrusów), ale równie dobrze możecie użyć właśnie cytryny albo grejpfruta czy pomarańczy.
Składniki (dla 2 osób):
200 g pełnoziarnistego spaghetti
150 g wędzonego suma
2 małe suszone papryczki chili
1 limonka
2 duże ząbki czosnku
1 garść rukoli
1/2 pęczka zielonej pietruszki
3 łyżki oliwy extra vergine
sól i pieprz
Przygotowanie:
W osolonej wodzie w garnku gotujemy makaron według instrukcji na opakowaniu. W miseczce mieszamy ze sobą oliwę, sok i startą skórkę z limonki, drobno posiekany czosnek i pokruszone papryczki chili. Rybę pozbawiamy ości i kroimy na małe kawałki. Rukolę i pietrzuszkę płuczemy, a następnie siekamy nie za drobno.
Po ugotowaniu odcedzamy makaron i mieszamy w garnku z sosem na bazie oliwy i limonki. Dodajemy suma oraz rukolę i pietruszkę. Mieszamy, doprawiamy do smaku solą i świeżo zmielonym pieprzem.
Tak jest w przypadku małej budki, w której od kilku lat kupuję ryby. Często można w niej dostać prawdziwe cuda i to na dodatek w całkiem rozsądnej cenie. To tam, od czasu do czasu, kupuję świeżą i wędzoną polędwicę z tuńczyka, polędwicę z łososia, wędzone halibuty, karmazyny czy szprotki. Ale od pewnego czasu absolutnym hitem u mnie w domu jest sum wędzony w dymie z drzewa wiśni. Już sam opis brzmi smakowicie, a ryba smakuje jeszcze lepiej! Dlatego, kiedy tylko trafia się okazja, co najmniej jedna sztuka trafia na nasz stół.
Sum zazwyczaj jest u nas gwiazdą piątkowej lub sobotniej kolacji. Tym razem jednak trafił się spory okaz, którego część można było wykorzystać w nieco odmienny sposób i użyć do przygotowania obiadu. W takim układzie pierwszą myślą była włoska pasta z wędzoną rybą. A ponieważ w lodówce (jak zawsze) miałem trochę rukoli i limonkę, a na półce stało opakowanie z suszonymi papryczkami chili, wszystko w jednej chwili ułożyło się w całość.
To danie jak najbardziej ekspresowe, którego przygotowanie zajmuje tyle, co ugotowanie makaronu. Nie trzeba koniecznie używać wędzonego suma, bo zdaję sobie sprawę, że nie wszędzie można go dostać. Możecie go zastąpić wędzonym pstrągiem, łososiem albo inną wędzoną rybą, na którą będziecie mieli ochotę. Podobnie ma się rzecz z limonką - użyłem jej, bo nie miałem w domu cytryn (zresztą ostatnio, ze względu na cenę, to nie jest dobry czas na kupowanie akurat tych cytrusów), ale równie dobrze możecie użyć właśnie cytryny albo grejpfruta czy pomarańczy.
Składniki (dla 2 osób):
200 g pełnoziarnistego spaghetti
150 g wędzonego suma
2 małe suszone papryczki chili
1 limonka
2 duże ząbki czosnku
1 garść rukoli
1/2 pęczka zielonej pietruszki
3 łyżki oliwy extra vergine
sól i pieprz
Przygotowanie:
W osolonej wodzie w garnku gotujemy makaron według instrukcji na opakowaniu. W miseczce mieszamy ze sobą oliwę, sok i startą skórkę z limonki, drobno posiekany czosnek i pokruszone papryczki chili. Rybę pozbawiamy ości i kroimy na małe kawałki. Rukolę i pietrzuszkę płuczemy, a następnie siekamy nie za drobno.
Po ugotowaniu odcedzamy makaron i mieszamy w garnku z sosem na bazie oliwy i limonki. Dodajemy suma oraz rukolę i pietruszkę. Mieszamy, doprawiamy do smaku solą i świeżo zmielonym pieprzem.
poniedziałek, 15 września 2014
Stir fry z kurczakiem, papryką i czarnym ryżem
Wraz z początkiem września w końcu postanowiłem (a właściwie postanowiliśmy, bo towarzystwo drugiej osoby jakoś sprzyja wytrwaniu w postanowieniu) wykupić karnet na siłownię. "W końcu", bo mimo moich kilku wcześniejszych wizyt, nigdy nie byłem specjalnym fanem tego rodzaju aktywności. Przez ostatnie cztery lata kilka razy w tygodniu grałem w squasha, trochę też biegałem, ale siłownia z różnych względów mi nie leżała. Teraz sytuacja nieco się zmieniła, bo na squashu dopadła mnie kontuzja kręgosłupa i okazało się, że trzeba trochę poćwiczyć i dołożyć trening siłowy - najlepiej na siłowni. A skoro trzeba, kupiłem karnet i chodzę.
Wiadomo jednak, że trening to jedno, a dieta to drugie, bo bez właściwego odżywiania nie ma co myśleć o widocznych efektach nawet najintensywniejszych ćwiczeń. Dlatego (jeśli chodzi o białko, bo to podstawa odpowiedniej diety w kontekście siłowni) obecnie królują u mnie głównie kurczaki (a dokładniej piersi z kurczaka), tuńczyk, wołowina i dziczyzna (jeśli tylko nadarzy się na nią okazja). Najczęściej decyduję się mimo wszystko na piersi z kurczaka i to najlepiej w postaci stir fry. Dlaczego stir fry? Bo przygotowanie posiłku z woka pozwala użyć małej ilości tłuszczu, a mięso i warzywa smażą się krótko, dzięki czemu zachowują swoje właściwości odżywcze.
Ale nie samym białkiem człowiek żyje. Ważne są też węglowodany. Tu z kolei najlepiej wybierać między pełnoziarnistymi makaronami a ryżem. Makarony rezerwuje do włoskich past, dlatego w przypadku stir fry ostatnio coraz częściej sięgam po ryż - albo brązowy, albo czarny. Tym razem zdecydowałem się na czarną odmianę, którą od pewnego czasu bez problemu można dostać w większości hipermarketów. Czarny ryż (nazywany też "zakazanym", bo w starożytnych Chinach spożywany był jedynie przez cesarza) to kleista odmiana tego zboża o orzechowym aromacie (z tego powodu jego gotowanie jest równie przyjemną czynnością, co jego spożywanie - zapach w czasie gotowania jest naprawdę niesamowity!). To także jeszcze zdrowsza alternatywa dla (i tak już bardzo zdrowego) brązowego ryżu, bo ma od niego mniej kalorii i węglowodanów, a więcej błonnika i białka. Jest też bogaty w minerały i witaminy. Osobiście najczęściej stosuję ten rodzaj ryżu do steków (po ugotowaniu jest on kleisty, więc świetnie pasuje do dań mięsnych czy rybnych bez sosów). Tym razem jednak pomyślałem, że można byłoby go wypróbować w stir fry. Efekt świetny - zarówno pod względem smakowym, jak i wizualnym!
Na koniec dodam jeszcze tylko, że to dobry pomysł na posiłek po treningu, kiedy wracamy do domu i chcielibyśmy zjeść sycące i wartościowe danie, które nie wymaga długiego przygotowania. Wystarczy wcześniej zamarynować kurczaka, ugotować ryż i posiekać warzywa - wtedy to danie naprawdę ekspresowe. A jeśli chodzi o marynatę do kurczaka - jestem fanem świeżych i suszonych ziół, dlatego często przyrządzam własne mieszanki, takie jak ta poniżej. Ale jeśli nie macie któregoś z podanych składników, spokojnie możecie go pominąć albo zastąpić czymś innym. To też dobra okazja do poeksperymentowania!
Składniki (dla dwóch osób):
2 piersi z kurczaka
160 g czarnego ryżu
1 czerwona papryka
1 papryczka chili
1 kawałek imbiru
3 ząbki czosnku
1 dymka
1 szalotka
1 limonka
1 łyżeczka brązowego cukru
1 łyżka jasnego sosu sojowego
1/2 pęczka zielonej pietruszki
oliwa z wytłoczyn oliwek
sól i pieprz
Marynata:
1/2 łyżeczki kurkumy
1/2 łyżeczki mielonej kolendry
1/2 łyżeczki kminu rzymskiego
1/2 łyżeczki mielonego anyżu
1/2 łyżeczki mielonego kardamonu
1/2 łyżeczki mielonych goździków
1/2 łyżeczki cynamonu
1/2 łyżeczki startego gałki muszkatołowej
1/2 łyżeczki pieprzu cayenne
1/2 łyżeczki soli
Przygotowanie:
W misce mieszamy ze sobą wszystkie składniki marynaty. Piersi z kurczaka myjemy i czyścimy, a następnie kroimy na małe kawałki. Dokładnie obtaczamy piersi w marynacie i wkładamy do lodówki co najmniej na godzinę. Wyjmujemy z lodówki 30 minut przed smażeniem.
Co najmniej 30 minut przed smażeniem mięsa, namaczamy ryż, a następnie płuczemy go na sicie. W małym garnku rozgrzewamy odrobinę oliwy. Kiedy jest gorąca, wrzucamy odsączony ryż i obsmażamy przez 2 minuty. Zalewamy 320 ml gorącej wody i gotujemy pod przykryciem przez 30 minut.
Paprykę czerwoną i chili kroimy w cienkie paski, a szalotkę, dymkę, czosnek i imbir w cienkie talarki. Parzymy limonkę wrzątkiem, a następnie ścieramy z niej skórkę i wyciskamy sok. Rozgrzewamy odrobinę oliwy w woku. Obsmażamy kurczaka przez 5-6 minut, ciągle mieszając. Następnie zdejmujemy kurczaka i obsmażamy warzywa przez 2-3 minuty (jeśli przed wrzuceniem warzyw w woku nie ma już oliwy, dolewamy trochę i dodajemy warzywa na rozgrzaną oliwę). Dodajemy ponownie kurczaka i ugotowany ryż, a następnie skórkę i sok z limonki, sos sojowy i cukier brązowy. Smażymy jeszcze przez minutę. Solimy i pieprzymy do smaku, a na koniec posypujemy posiekaną zieloną pietruszką.
poniedziałek, 8 września 2014
Bułeczki ziołowe i kiełbasa z winogronami
BŁYSKAWICZNE BUŁECZKI ZIOŁOWE (I PIECZONA KIEŁBASA Z WINOGRONAMI)
Często świetne pomysły to kwestia chwili - nagłej myśli, która jednak wynika z tego, co od dłuższego czasu chodzi po głowie. Tak było i w tym przypadku.
Ale od początku. Ponieważ mam w zwyczaju "świętować" mniejsze lub większe sukcesy przy dobrej kolacji, a w ostatnich dniach nadarzyła się do tego okazja (o czym może napiszę już niedługo), czym prędzej zorganizowałem małe spotkanie. Planowałem wypróbowanie bardzo prostego, ale świetnie zapowiadającego się przepisu na kiełbasy pieczone w winogronach i czerwonym winie, który podpatrzyłem w jednym z programów kulinarnych. A pomysł wydawał się tym lepszy, że trwa przecież sezon na winogrona.
Gwiazdą dania miały być jednak kiełbasy. W oryginalnym przepisie mowa jest o włoskich wędlinach (słodkich i ostrych). Piecze się je z białymi i ciemnymi winogronami oraz czerwonym winem, najlepiej Chianti, które dobrze pasuje do wieprzowych kiełbasek. Moja wersja bazowała jednak na niesamowitych, swojskich, a przede wszystkim dietetycznych kiełbasach z jelenia i dzika (w końcu dziczyzna to jedno z najzdrowszych polskich mięs), które trafiły na mój stół za sprawą znajomego myśliwego (dzięki Mariusz!). Chude i świetnie doprawione kiełbasy wymagały jednak odpowiedniego akompaniamentu, dlatego (jak świętować, to świętować) zdecydowałem się na włoskie wino szczepu Barbera, które podobno świetnie pasuje do dziczyzny, zwłaszcza jelenia (nie jestem wprawdzie specjalistą w tej dziedzinie, ale myślę, że warto dobierać odpowiednie wino pod konkretny rodzaj mięsa, tym bardziej gdy najpierw używamy go w gotowaniu, a następnie pijemy do posiłku). Tak jak przypuszczałem, kiełbasy wyszły znakomicie, dlatego z pełną odpowiedzialnością polecam wypróbowanie tego przepisu.
Niemniej tego dnia w roli głównej nie wystąpiły jedynie kiełbasy z dziczyzny. Dopiero teraz bowiem dochodzimy do mojego pomysłu, o którym wspomniałem na początku. W przepisie sugeruje się podanie włoskiej ciabaty jako dodatku do kiełbas. Ponieważ od pewnego czasu nie jest fanem kupowania pieczywa (o czym pisałem ostatnio), pomyślałem, że fajnie byłoby upiec coś domowego. Do spotkania zostały jednak ledwie dwie godziny, więc musiałem się zdecydować na coś łatwego i szybkiego w przygotowaniu. Nie zastanawiając się długo, zrobiłem błyskawiczny internetowy research w celu znalezienia inspiracji. Po rozważeniu kilku opcji, wybór padł na ziołowe bułeczki, bo wydawały się świetnie pasować do planowanego dania. Kilkanaście minut później byłem już gotów i zabrałem się do pracy.
Ten przepis to pomysł na małe, błyskawiczne bułeczki, które powinny się świetnie sprawdzić jako świeże, domowe pieczywo zarówno do przystawki, jak i do kolacji czy (jeśli coś zostanie na drugi dzień) śniadania. Przygotowanie zajmuje tylko 30 minut (łącznie z pieczeniem), a efekt końcowy robi wrażenie. Najważniejsze jednak, że bułki zachowują świeżość przez kilka dni, więc spokojnie możemy od razu upiec większą partię. W końcu dają też duże możliwości, jeśli idzie o komponowanie smaku. Ja użyłem świeżej szałwii i rozmarynu z mojego ogrodu (staram się mieć w ogrodzie zapas ziół - tak na wszelki wypadek), ale do ich upieczenia można spokojnie wykorzystać różne zioła i nasiona.
Składniki (na ok. 14-15 bułeczek):
Bułeczki:
250 g mąki (u mnie 150 g mąki orkiszowej i 100 g mąki z płaskurki)
125 ml mleka
1 łyżka roztopionego, schłodzonego masła
1 łyżka posiekanej świeżej szałwii
1 łyżka posiekanego świeżego rozmarynu
1/2 łyżeczki proszku do pieczenia
1/2 łyżeczki sody
1 łyżeczka soli
Kiełbasy:
600-700 g kiełbasy
100 g białych winogron
100 g czarnych winogron
2 łyżki masła
100 ml wytrawnego czerwonego wina
2 łyżki octu balsamicznego
Przygotowanie:
Bułeczki: Roztapiamy masło w rondelku i odstawiamy do wystygnięcia. Mieszamy w misce mąkę, osuszone i posiekane zioła, proszek do pieczenia oraz sodę. Następnie dodajemy mleko i chłodne masło. Zagniatamy. Ciasto rozwałkowujemy dość grubo (ok. 2 cm) i wycinamy z niego bułeczki za pomocą wąskiej szklanki albo małej koniakówki (średnica ok. 5 cm). Układamy na blasze wyłożonej papierem do pieczenia. Możemy je posmarować z wierzchu mlekiem, aby po upieczeniu miały chrupiącą skórkę. Pieczemy przez ok. 15 minut w temperaturze 200 stopni.
Kiełbasy: Nagrzewamy piekarnik do 250 stopni. Na kuchence, w żaroodpornym naczyniu, roztapiamy masło i dodajemy do środka winogrona. W międzyczasie gotujemy kiełbasy, tak aby straciły nadmiar tłuszczu. Kiedy winogrona lekko się przesmażą na maśle, wlewamy czerwone wino i odgotowujemy połowę płynu. Następnie przekładamy do środka ugotowane kiełbasy i wkładamy całość do piekarnika. Pieczemy 25 minut, obracając kiełbasy po 12 minutach. Na koniec wyjmujemy naczynie z piekarnika, stawiamy raz jeszcze na kuchence i wlewamy ocet balsamicznych, a następnie deglasujemy, zeskrobując drewnianą łyżką to, co przywarło do dna naczynia. Gotujemy do zgęstnienia sosu.
niedziela, 31 sierpnia 2014
Chleb z pszenicy płaskurki
Powracam po wakacyjnej przerwie. Pomyślałem, że po tak długiej niebytności, najlepszy będzie powrót do samych podstaw, czyli do chleba. Bo czy w naszej tradycji jest coś bardziej podstawowego w kuchni, niż właśnie chleb? Choć dla mnie to wcale nie takie oczywiste, bo przez ostatnie kilka lat to właśnie pieczywo było właściwie całkiem nieobecne w moim codziennym menu. Kiedy szykowałem się do zrzucenia zbędnych kilogramów i przygotowywałem listę produktów do wyeliminowania w pierwszej kolejności, biały chleb i bułki były na samym szczycie, tuż obok białego cukru i słodyczy. Teraz, po trzyletniej przerwie, powoli wracam do pieczywa (wprawdzie już nie białego, a pełnoziarnistego). I pewnie jak do tej pory, kupowałbym chleb u jednego z pobliskich piekarzy, gdyby nie historie, które niedawno usłyszałem o tym, w jaki sposób coraz częściej piecze się w Polsce chleb. I to między innymi one zachęciły mnie do tego, aby zacząć piec własne bochenki w domu.
Jak się okazało, nie ma nic prostszego i bynajmniej nie trzeba do tego jakichkolwiek maszyn do pieczenia chleba. Wystarczą dobra mąka, woda, drożdże, miód, oliwa, sól i keksówka, w której całość upieczemy. Oczywiście kluczowa jest tu mąka. Niezwykle popularny jest ostatnio chleb pieczony na mące orkiszowej (choć akurat w pieczywie z piekarń stanowi ona nierzadko tylko 5%) i przyznam, że i ja czasem piekę na niej swój chleb. Niemniej postanowiłem pójść o krok dalej i użyć do wypieku ekologicznej mąki z pszenicy płaskurki.
O płaskurce zdarzyło mi się już pisać, bo jej ziaren używam do jednej z zup, którą często gotuje się u mnie w domu. Niemniej być może warto przypomnieć, że płaskurka to "starsza siostra" orkiszu i zarazem najdłużej uprawiany gatunek pszenicy (obecny już w starożytnej Mezopotamii). Za płaskurką przemawia znacznie większa ilość białka niż w innych gatunkach pszenicy, jak również duża zawartość wapnia, fosforu czy witamin E, B1, PP i kwasu pantotenowego. Czytając o płaskurce, natknąłem się również na informację, że najprawdopodobniej chleb, którym Jezus dzielił się z uczniami podczas Ostatniej Wieczerzy, był upieczony właśnie z płaskurki oraz że jest ona związana z początkami rolnictwa w Polsce.
Jeśli będziecie mieli ochotę na taki chleb, mąkę z płaskurki bez problemu znajdziecie w kilku sklepach internetowych. Natomiast jeśli chcielibyście go jeszcze zdrowo i smacznie wzbogacić, polecam posypać go odrobiną czarnuszki, która idealnie nadaje się do wszelkiego rodzaju wypieków (tym bardziej, że dosłownie wczoraj odkryłem, że pojawiła się w ofercie jednej z firm produkującej przyprawy i jest już bez problemu do dostania w większości hipermarketów).
Na koniec jeszcze dwie uwagi. Teraz już mogę to powiedzieć z pełną odpowiedzialnością: żaden kupny chleb nie umywa się do tego domowego. U mnie w domu pieczemy go raz w tygodniu - od razu dwa bochenki. To po pierwsze oszczędność czasu i prądu, a po drugie, nie ma powodu, aby piec go częściej, bo w przeciwieństwie do kupnych chlebów, zachowuje świeżość przez cały tydzień i (przy odpowiednim przechowywaniu) absolutnie nic mu się nie dzieje. Domowy chleb daje też więcej energii - znacznie łatwiej jest się nim najeść, a i sam smak zdecydowanie różni się od tego, co można dostać w piekarniach i sklepach. Nic tylko piec!
Składniki (dwa bochenki chleba):
1 kg ekologicznej mąki z płaskurki
600 ml wody (najlepiej mineralnej, niegazowanej)
14 g suchych drożdży
1 łyżka miodu
2 łyżki oliwy extra vergine
2 łyżeczki soli
łyżeczka cukru
masło
mleko
czarnuszka (opcjonalnie)
Przygotowanie:
Do ciepłej wody (o temperaturze 50 stopni) w misie dodajemy drożdże i mieszamy je z cukrem. Pozostawiamy na 2-3 minuty, by drożdże zaczęły "pracować", a następnie wlewamy miód i oliwę. Mieszamy dokładnie, a następnie powoli dodajemy mąkę. Na koniec wsypujemy sól. To odwrotna kolejność do tej, którą przyjmuje się na ogół, ponieważ zazwyczaj najpierw łączy się suche składniki, a następnie dodaje te płynne. Jednak kiedy do wody najpierw dodamy drożdże, miód i oliwę, bardziej równomiernie zmieszają się najpierw z wodą, a następnie z mąką, dzięki czemu chleb wyrośnie bez problemu. Natomiast sól dodajemy na końcu, ponieważ dezaktywuje ona drożdże.
Kiedy wszystkie składniki się ze sobą połączą i ciasto jest już nieco wyrobione, przekładamy je na deskę i porządnie wyrabiamy - co najmniej przez 10 minut. Ciasto dzielimy na pół i przekładamy do dwóch 34-centymetrowych keksówek wysmarowanych masłem. Nacinamy je z góry (wzdłuż, ostrym nożem) i pozostawiamy do wyrośnięcia na półtorej godziny. Smarujemy z góry mlekiem. Jeśli używamy czarnuszki, posypujemy nią chleb tuż przed pieczeniem.
Wyrośnięte bochenki wsadzamy do piekarnika nagrzanego na 200 stopni i pieczemy przez 50 minut, aż chleby się zrumienią. chleb jest gotowy, gdy postukany od spodu wydaje głuchy odgłos.
Subskrybuj:
Posty (Atom)







